^Skocz do góry

  • Recenzje książek i nie tylko

    Nie wiesz, co warto przeczytać? Polecamy dział z opowiadaniami naszymi i naszych fanów i dział 'Recenzje' z ocenami książek fantastycznych.

  • Recenzje gier i filmów

    Gry i filmy zmiażdżone przez krytykę loży szyderców, którym nie umknie żaden szczegół :).

  • Urban exploring

    Odkryj piękno i magię miejsc, o których człowiek zapomniał już dawno temu.

..... Portal o fantastyce, science-fiction i postapo ....

Kompani w boju



 

 

 
PostApokaliptia (español)
 

 

 
 
 
 
 
 
 

Kroniki zagłady

Wygłodniały, skundlony wilczur ujadał zajadle, czując, podobnie jak reszta otaczających go stworzeń, wyraźny zapach pokarmu. Rozszczekany kordon oszalałych
z głodu psów szczelnie otaczał stojący samotnie blaszany garaż. Na jego dachu siedział mężczyzna, nerwowo ścierając z twarzy irytujące strużki potu. Westchnął żałośnie
i, ściskając swój przedarty, lecz wciąż sprawny plecak, spoglądał w bezchmurne niebo,
z którego lał się niemiłosierny żar. W geście bezsilności zacisnął pięści tak silnie, aż poczuł ból. Rozgrzana blacha parzyła go, zmuszając do częstej zmiany pozycji, a oblegająca jego schronienie sfora doprowadzała do szaleństwa. Kiedy dzisiejszego ranka natrafił na spory zapas zgromadzonego przez kogoś prowiantu nie posiadał się ze szczęścia. Wśród wszelkiej maści puszek znalazł też kilka porcji suszonego mięsa, co wkrótce doprowadziło go do obecnej sytuacji. Raz jeszcze spojrzał z wyrzutem w stronę stojącego nieopodal samochodu, którym poruszał się od kilku ostatnich tygodni. Kiedy dostrzegł nadciągającą sforę zdecydował się pochopnie na bieg w kierunku najbliższego bezpiecznego punktu, zamiast pełnię sił spożytkować na próbę dotarcia do swojego pojazdu. Teraz, uwięziony na dachu coraz gorętszego garażu, niemal pozbawiony zapasów wody musiał czekać cierpliwie na odejście prześladowców, lub oddać wygłodniałym zwierzętom życiodajne zapasy. Leniwym ruchem sięgnął do plecaka, wydobywają zeń, mocno już wysłużoną, krótkofalówkę znalezionym w jednym z radiowozów. Penetrując to miasteczko już kilkukrotnie spotkał się
z dużymi, wykonanymi czerwoną farbą napisami informującymi o częstotliwości, na której, podobno, ktoś nasłuchuje. Dotychczasowe kontakty z innymi ocalałymi nie przyniosły mu wiele dobrego, lecz w obecnej chwili nie mógł pozwolić sobie na luksus oczekiwania na rozwój sytuacji. Przestawił aparat na wymagany kanał i, ochrypłym od nie używania głosem spytał:

– Czy ktoś mnie słyszy? Odbiór!

Jednolity szum stanowił jedyną odpowiedź na to pytanie. Mężczyzna zaklął gniewnie, próbując jeszcze kilkukrotnie, w różnych odstępach czasowych, nawiązać kontakt. Dopiero siódma próba przyniosła oczekiwany rezultat. Po drugiej stronie odezwał się jakiś mężczyzna, który wolno cedząc słowa spytał:

– Kim jesteś? – głos nieznajomego był leniwy i cichy, lecz było w nim również coś nieuchwytnie niepokojącego.

– Nareszcie! Słuchaj, jestem tu uwięziony, to znaczy jest jakiś plac i...

– Kim jesteś?

– Nazywam się...

– Nie o to pytam. Jaki był twój zawód przed zdarzeniem.

– Masz na myśli katastrofę?

– Czekam na odpowiedź, nie pytanie.

– Byłem dziennikarzem, początkującym, raczej amatorem.

Rozmówca wydał z siebie coś, co można było zinterpretować jako gniewny pomruk, lub zwyczajne westchnięcie. Przez dłużą chwilę w słuchawce słychać było jedynie miarowy szum, przerwany niespodziewanie zdecydowanym oświadczeniem:

– W porządku, dziennikarzu. Czego ode mnie potrzebujesz?

– Pomocy! Jestem na środku jakiegoś parkingu, czy czymś w tym rodzaju. Siedzę na dachu blaszanego garażu, jedynego tutaj. Wokół mnie zgromadziła się wataha zgłodniałych psów, nie mogę zejść!

– Czy nieopodal znajduje się stacja benzynowa z żółtą elewacją?

– Tak!

– Rozumiem. Czekaj tam, pojawię się niedługo. Bez odbioru.

Mężczyzna odłożył krótkofalówkę i westchnął z ulgą. Nagle upał stał się mniej nieznośny, a ujadanie psów jakby ucichło. Nadzieja na ocalenie, niczym łyk świeżej wody, pozwoliła samotnemu wędrowcy zebrać wewnętrzne siły. Nie miał bowiem żadnych wątpliwości, że chociaż wkrótce jego sytuacja ulegnie zmianie, to niekoniecznie będzie oznaczało to jej polepszenia. Ostrożnie zmienił ułożenie swojego ciała na rozgrzanej blasze
i wydobył z plecaka swój najcenniejszy skarb. Ostrożnie otworzył niezwykle gruby, kratkowany zeszyt, niemal w całości pokryty drobnym pismem. Z uśmiechem samozadowolenia zaczął czytać swoje notatki, miesięczną kronikę wydarzeń od czasu katastrofy, aż do dnia bieżącego. Lektura pozwoliła uciec myślą od otaczającej go rzeczywistości. Przynajmniej na jakiś czas.

– Żyjesz jeszcze, dziennikarzu? – zaszumiała niespodziewanie krótkofalówkę, wyrywając mężczyzną z bezpiecznego świata wspomnień.

– Tak, tak.

– Co czytasz?

– Skąd wiesz, że czytam?

Odległy odgłos wystrzału poprzedził skowyt zranionego zwierzęcia. Przez chwilę
w sforze zapanowało lekkie zamieszanie, lecz zapach świeżej krwi szybko zjednoczył zwierzęta, które łapczywie rzuciły się na rannego towarzysza.

– Widzisz? Mogę pozbyć się twojego problemu. Albo ciebie. Ulokowałem się wewnątrz opuszczonego bloku, jakieś trzysta metrów dalej, dokładnie na wprost wejścia do garażu.
I, jak zauważyłeś, jestem dobrym strzelcem.

– Czego chcesz?

– To bezcelowe pytanie. Czegokolwiek bym od ciebie chciał, mogę to mieć. Wystarczy, że cię zastrzelę. Jedyne, czego oczekuję, to rozmowa. Co czytasz?

– Mój pamiętnik. Chociaż to raczej rodzaj reportażu, tak myślę. Nazywam to kronikami zagłady.

– Kroniki zagłady? Do tej pory żałuję, że nie zacząłem spisywać czegoś takiego, gdy to wszystko się zaczęło. Przeczytaj mi kilka fragmentów, wybierz je na chybił trafił.

Mężczyzna westchnął ciężko, kartkując swoje notatki. Przez następny kwadrans spokojnie spełniał zachcianki nieznajomego, odczytując kolejne fragmenty, aż w końcu człowiek, od którego zależało jego życie oświadczył poirytowany:

– Dość. To było... Dobre. Zbyt dobre. Widzisz, ja sam lubiłem sobie od czasu do czasu coś popisać przed katastrofą, ale moje dzieła... nie zostały docenione.

– Pomożesz mi?

– Nie mogę pozwolić, by w tym mieście ktoś pisał lepiej niż ja. Widzisz, umysł artysty jest bardzo zaborczy. Zawrzyjmy układ. Spal notes, a zabiję te psy i pozwolę ci odejść
z zapasami, które właściwie skradłeś z jednego z moich schowków.

– Co? Nie mam przy sobie...

– Za długo żyjesz żebyś ruszył się gdziekolwiek bez źródła ognia, wiem to. Po prostu spal ten notes.

– Nie.

– Odezwę się za dwie godziny. Bez odbioru.

Mężczyzna powstrzymał się od ciśnięciem krótkofalówką, wyładowując gniew na blasze. Niczym dziecko, oszalałe z bezsilności, walił nogami i rękami w dach garażu, krzycząc wściekle. Przez chwilę myślał nawet, że w ten sposób odstraszy otaczającego go psy, lecz te zaczęły jedynie głośniej ujadać. Ten facet mógł zażądać od niego dosłownie wszystkiego, nawet notatnika. Teraz oddałby go bez wahania. Ale był czas, gdy ryzykował życie dla tego przedmiotu, a nawet zdarzyło mu się zabić dwie, w tym jedną w zasadzie niewinną, osoby aby tylko zagwarantować bezpieczeństwo swojej „kronice”. Dlatego nie mógł tak po prostu zniszczyć cząstki siebie, ostatniego łącznika ze starym światem. Nauczył się już, że jego życie jest cenniejsze niż jakikolwiek przedmiot, ale nie byłby w stanie zrezygnować z notesu w ten sposób. Nigdy! Wiedział, że jego upór jest bezsensowny, a wręcz dziecinny, ale między innymi dlatego wciąż jeszcze żył. Był uparty. I nie akceptował porażek, nie ważne, czy w grę wchodziło przygotowanie kolacji, czy nierówna walka z napastnikami. Jego psychika,
w dodatku wypaczona wydarzeniami ostatnich lat, nie pozwalała mu na rezygnację. Raz jeszcze dał upust swojej złości poprzez wrzask i, skulony w kłębek, na próżno starał się zająć czymś myśli.

Dwie godziny ciągnęły się w nieskończoność. Słyszał jak psy z wolna odchodzą, tylko po to, by po chwili jeden z nich zawrócił, ciągnąc za sobą całą sforę. Wiedział, że te zwierzęta nie ustąpią. Podobnie jak on, walczyły o swoje życie. Mokry od potu mężczyzna miarowo pocierał, miejscami lekko już poparzone, ciało, raz jeszcze zmieniając pozycję na rozgrzanej blasze. Poczuł jak po policzkach spływają mu ciężkie, ciepłe łzy. Podjął decyzję. Chciał żyć. Niezgrabnie sięgnął po krótkofalówkę i wymamrotał do mikrofonu:

– Jesteś tam?

– Namyśliłeś się już, dziennikarzu?

– Tak. Może po prostu zostawię ci ten zeszyt? Masz broń, przecież mógłbyś...

– Nie. Masz go spalić, chcę widzieć, jak niszczysz swoje dzieło.

– Sam byłeś kiedyś... pisarzem. Powinieneś wiedzieć jakie to trudne.

– Nie próbuj mnie przekonać. Dla wielu byłem tylko kolejnym grafomanem. Nigdy nie zostałbym prawdziwym pisarzem, a przynajmniej nie takim, który żyłby z tego co chce, a nie musi, napisać.

– W tej branży to niemożliwe.

– Wszystko jest możliwe. Ludzie nie wierzyli kiedyś, że świat się skończy. A jednak to się stało. Wykończyło nas nasze drogie słoneczko, wystarczyła jedna, duża burza magnetyczna i nasze małe mózgi paliły się jak zapałki. Mamy masę szczęścia, że żyjemy. Nie zmarnuj tego.

– Zgoda. Zgoda ty gnoju, spalę ten notatnik! Widzisz? Wyciągam zapałki!

– Cóż... Nie spodziewałem się takiej decyzji.

– Ja też nie. Po prostu... tak bardzo chcę żyć. Widzisz, już odpalam...

Głośny strzał zaskoczył mężczyznę na dachu garażu. Z jeszcze większym niedowierzaniem spojrzał na, poszerzająca się, krwawą plamę pośrodku piersi. Spróbował wstać, lecz natychmiast upadł, niebezpiecznie blisko krawędzi dachu. Z głośnika krótkofalówki dobiegł go pełen żalu głos:

– Naprawdę nie chciałem cię zabijać. Myślałem, że będziesz gotów umrzeć dla swojego dzieła, jak bohater. Nawet w takiej sytuacji wciąż nie ma na świecie bohaterów, ciągle tylko ludzie i ludzie.

Kolejny strzał rozbił czaszkę uwięzionego na dachu wędrowcy, którego ciałem wstrząsnęła seria skurczów, w wyniku których zsunął się na dół. Radosne piski psów zwiastowały ich rychłą ucztę.

Mężczyzna siedzący na balkonie opustoszałego bloku wyłączył krótkofalówkę
i zabezpieczył broń.

– Szkoda – wymamrotał do siebie – naprawdę szkoda, miałeś świetny styl. Zostawię twój notatnik tam gdzie jest, może ktoś kiedyś wyjdzie na ten dach. Dziś, za tydzień, za sto lat. Tymczasem opiszę cię, twoją ostatnią przygodę, nieznajomy.

Z tymi słowami mężczyzna wyjął z workowatego, ręcznie uszytego plecaka duży notes, z kartkami osadzonymi na sprężynie. Zwilżył ustami krótki, dobrze zatemperowany ołówek
i po chwili namysłu zaczął spisywać pierwsze zdanie powstającej w jego umyśle opowieści:

Wygłodniały, skundlony wilczur ujadał zajadle, czując, podobnie jak reszta otaczających go stworzeń, wyraźny zapach pokarmu.

 

Lipiec 2012

 

 Tekst pochodzi ze zbioru opowiadań "Witraż" (zbiór dostępny bezpłatnie w witrynie RW2010: LINK

 

Copyright © by Beniamin Muszyński, 2014.
Niniejsza publikacja nie może być modyfikowana ani odsprzedawana bez pisemnej zgody Autora. Dozwolone jest jej kopiowanie, dystrybucja bezpłatna (na licencji freeware) oraz druk na papierze w dowolnej liczbie egzemplarzy.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Copyright © 2013. Post-apo-2012.pl  Rights Reserved.